Przejdź do treści
Wpis z 11 sierpnia, 2026

Pieniądze są zabawne

Pieniądze są jednym z najzabawniejszych konceptów, jakie stworzyła ludzkość. I oczywiście rozumiem, jak działają. Rozumiem popyt, podaż, inflację, koszty pracy, marżę, wartość rynkową i wycenianie usług. Rozumiem, że człowiek nie płaci wyłącznie za kilka czy kilkadziesiąt minut wykonywania konkretnej czynności. Płaci również za wiedzę, doświadczenie, wcześniejsze błędy, odpowiedzialność i wszystkie lata, podczas których ktoś uczył się robić coś dobrze. Nie należę do osób mówiących grafikowi: „Przecież to tylko jeden obrazek”, programiście: „Wystarczy coś kliknąć”, a psychologowi: „On tylko siedzi i słucha”. Sama pracuję w obszarze, w którym ludzie czasami mają wrażenie, że płacą za to, co robię w danej chwili. Tymczasem płacą także za to, że wiem, co zrobić, czego nie robić, kiedy się zatrzymać i jak nie wyrządzić szkody. Za pamięć wypełnioną wiedzą. Za odpowiedzialność. Za gotowość ponoszenia konsekwencji własnych decyzji.

To wszystko jest dla mnie logiczne.

A jednak, kiedy wychodzimy poza ekonomię i zaczynamy przyglądać się temu, co pieniądze robią w ludzkiej głowie, cały koncept staje się naprawdę zabawny. Oczywiście zabawny w tym szczególnym znaczeniu, w którym człowiek śmieje się trochę za głośno, ponieważ alternatywą byłoby rozpłakanie się nad historią własnego konta.

Odkąd samodzielnie zarządzam swoim budżetem i nie pozostaję na utrzymaniu rodziców, funkcjonuje we mnie przekonanie, że pieniądze są dzisiaj, a jutro może ich nie być. Właściwie miałam je już wcześniej. Tylko pieniędzy było wtedy mniej, więc moja filozofia finansowa nie miała wystarczającej liczby danych, żeby rozwinąć skrzydła. „Jutro może ich nie być” nie oznacza dla mnie: „Wobec tego wszystko stracone”. Oznacza: „Jeżeli ich nie będzie, trzeba będzie zrobić coś, żeby znowu były”.

To brzmi prosto. Wręcz podejrzanie rozsądnie. Pieniądze stają się zadaniem. Jest sytuacja początkowa, jest oczekiwany rezultat, więc trzeba znaleźć drogę prowadzącą od jednego do drugiego punktu. Tyle że nie zawsze myślałam w ten sposób bez lęku. A właściwie nadal nie myślę tak bez lęku.

Znam miejsce, w którym brak pieniędzy nie wydaje się zadaniem, lecz zagrożeniem. Znam napięcie, liczenie, przewidywanie katastrof i poczucie, że bezpieczeństwo można stracić w każdej chwili. Znam również przekonania dotyczące pieniędzy, których nie stworzyłam samodzielnie. Zostały mi przekazane razem z całą rodzinną opowieścią o świecie: trzeba uważać, trzeba odkładać, nie wiadomo, co będzie, wszystko może się skończyć, a jeśli człowiek nie zabezpieczy każdej możliwej katastrofy, katastrofa zapewne poczuje się zaproszona.

Nie odkryłam niedawno, że ludzie boją się pieniędzy albo ich braku. Znam ten lęk od środka. Dopiero uczę się poznawczo oddzielać realne zagrożenie od strachu, który uruchamia się automatycznie, ponieważ przez lata był traktowany jak jedyna rozsądna reakcja.

Mój idealny model brzmi: jeśli pieniędzy brakuje, nie oznacza to jeszcze końca świata. Oznacza, że trzeba znaleźć sposób, żeby było ich więcej. Realny człowiek we mnie czasami odpowiada: „Świetnie, ale czy mogłyby już być, zanim umrzemy?”.

Ten tekst nie powstaje z perspektywy osoby siedzącej na górze pieniędzy i wyjaśniającej innym, że wystarczy się schylić.

Zrezygnowałam z pracy.

Jest mi z tym trochę źle.

Właściwie bardzo źle.

Nie uważam swojej decyzję za błędną. Człowiek może wiedzieć, że podjął właściwą decyzję, i jednocześnie czuć przerażenie z powodu jej konsekwencji. Mózg nie otrzymuje automatycznie spokoju w pakiecie z racjonalnym wyborem. Szkoda, bo byłaby to bardzo przydatna usługa dodatkowa. Nie mam więc obecnie poczucia: „Jakoś to będzie”, rozumianego jako radosne oczekiwanie, że wszechświat prześle mi pieniądze przekazem pocztowym. Myślę: „Skoro zrezygnowałam z tego źródła dochodu, muszę stworzyć następne. Najlepiej takie, które będzie miało sens, pozwoli mi żyć spokojniej i doprowadzi mnie do miejsca, w którym chcę być za dwa lata”.

Za dwa lata chcę rozpocząć budowę domu. Dom, niestety, nie powstaje wyłącznie dzięki marzeniom, pozytywnym afirmacjom i tablicy inspiracji. Budowlańcy wykazują zaskakująco niewielką gotowość przyjmowania zapłaty w energii wdzięczności.

Potrzebna jest konkretna kwota.

Skoro więc wiem, kiedy chciałabym zacząć budowę, mogę oszacować, ile pieniędzy powinnam do tego czasu zgromadzić. Następnie muszę odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie źródła dochodu pozwolą mi tę kwotę osiągnąć. Nie oznacza to, że odpowiedź będzie łatwa. Nie oznacza też, że na pewno zrealizuję plan dokładnie w wyznaczonym terminie. Oznacza tylko, że zamiast zatrzymać się na zdaniu: „Nie mam pieniędzy na dom”, przechodzę do pytania: „Co musiałoby się wydarzyć, żebym za dwa lata mogła zacząć go budować?”.

To jest mój model idealny. Sposób, w jaki chcę myśleć, kiedy lęk próbuje wmówić mi, że obecny stan konta jest ostateczną diagnozą mojego życia.

Załóżmy, że mam dwieście złotych.

Nie są przeznaczone na rachunki, jedzenie, paliwo ani żaden ważny wydatek. Leżą na koncie i chwilowo nie pełnią żadnej konkretnej funkcji. Ktoś inny tych dwustu złotych nie ma. Potrzebuje ich natomiast na coś, co diametralnie zmieni jego komfort. Może za nie kupić leki, zrobić zakupy, pojechać do lekarza albo przez kilka dni nie zastanawiać się, z której koniecznej rzeczy zrezygnować. W moim idealnym świecie rozwiązanie jest banalne: daję mu dwieście złotych.

Mnie w tym momencie nie są potrzebne. Jemu są. Problem znika. Koniec procesu decyzyjnego. Być może właśnie dlatego nigdy nie będę wybitną kapitalistką. Prawdopodobnie powinnam najpierw obliczyć, ile te dwieście złotych mogłoby zarobić przez trzydzieści lat, gdybym zainwestowała je w fundusz, akcje, metal szlachetny albo kozę. Koza przynajmniej dawałaby mleko i patrzyłaby na mnie z pogardą, więc inwestycja miałaby również wymiar emocjonalny. Zawsze chciałam mieć kozę. Ale nie mogłam jej hodować na balkonie. Sprawdzałam. Regulamin spółdzielni nie pozwala.

Tymczasem mój mózg widzi dwie osoby, jedną potrzebę i narzędzie, które może tę potrzebę zaspokoić. Skoro narzędzie jest dostępne, użycie go wydaje się naturalne. Jednocześnie doskonale rozumiem człowieka, który tych samych dwustu złotych nie potrafi oddać, choć obiektywnie ich teraz nie potrzebuje. Dla niego nie są pustą kwotą. Mogą być zabezpieczeniem przed tym, co wydarzy się jutro. Fragmentem spokoju. Dowodem, że zachowuje się odpowiedzialnie. Ochroną przed sytuacją, w której sam będzie potrzebował pomocy i nikt mu jej nie udzieli. Ten mechanizm nie jest mi obcy. Różnica polega na tym, że próbuję pytać siebie: czy te dwieście złotych rzeczywiście mnie obecnie chroni, czy tylko karmi lęk, któremu żadna kwota i tak nie wystarczy?

Rozumiem potrzebę oszczędzania. Sama jej potrzebuję. Mam IKE, IKZE, obligacje i akcje, choć tych ostatnich najmniej, bo na giełdzie nie mam jeszcze takiej biegłości. Biedy naprawdę się boję. Nie romantyzuję jej. Bieda nie jest szlachetna ani poetycka. Nie rozwija automatycznie charakteru. Znacznie częściej odbiera wybór, prywatność, czas, zdrowie i możliwość powiedzenia: „Nie zgadzam się”.

Pieniądze dają mi przede wszystkim komfort. A komfort nie oznacza dla mnie złotych klamek i codziennego śniadania podawanego przez człowieka grającego na harfie. Nie lubię jeździć pociągiem, więc potrzebuję pieniędzy na samochód, paliwo, opłaty na autostradę. Jeżeli chcę lepszy samochód, sprawdzam jego cenę i zastanawiam się, w jaki sposób zdobyć brakującą kwotę. Chcę zbudować dom, więc potrzebuję kapitału pozwalającego rozpocząć budowę.

Pieniądze kupują mi możliwość wyboru.

Mogę nie przyjąć źle płatnego zlecenia. Mogę odejść z pracy, która mi nie służy czy odmówić pracy z klientem, z którym źle mi się pracuje. Mogę pojechać samochodem, zamiast korzystać ze środka transportu, którego nie lubię. Mogę zapłacić za lekarza, rozwiązanie oszczędzające czas albo kilka dni odpoczynku.

Największym luksusem nie jest posiadanie. Jest nim możliwość powiedzenia „nie”. Problem w tym, że oszczędności łatwo pomylić z całkowitym bezpieczeństwem. A takiego poziomu nie da się osiągnąć. Zawsze może wydarzyć się coś droższego. Zawsze można wymyślić kolejne zagrożenie. Zawsze istnieje kwota większa od tej, którą mamy. Jeśli lęk otrzyma prawo samodzielnego wyznaczania granicy bezpieczeństwa, będzie przesuwał ją bez końca. Najpierw potrzebujemy dziesięciu tysięcy. Potem trzydziestu. Potem stu. A kiedy mamy sto, pojawia się pytanie, czy nie powinniśmy mieć dwustu, bo przecież nigdy nie wiadomo. Lęk finansowy zachowuje się trochę jak kot przy misce. Może być pełna, ale jeśli widać kawałek dna, sytuacja zostaje uznana za kryzys humanitarny.

Naprawdę uważam, że współcześnie pieniądze leżą na ulicy. Można sprzedawać wiedzę, umiejętności, czas, produkty, treści, dostęp, opiekę, rozrywkę albo rozwiązania problemów, których istnienia jeszcze wczoraj nikt nie podejrzewał. Internet otworzył absurdalnie dużo możliwości. Jeżeli człowiek potrafi zrobić coś przydatnego, prawdopodobnie istnieje ktoś gotowy za to zapłacić. Rynek bywa pod tym względem fascynujący. Ktoś przez godzinę układa przed kamerą przybory biurowe według kolorów i zarabia więcej niż człowiek ratujący życie. Rynek nie ma obowiązku mieć kręgosłupa moralnego. Ma odbiorców.

Kiedy mówię, że pieniądze leżą na ulicy, nie twierdzę jednak, że każdy człowiek może w tej sekundzie wyjść z domu, schylić się i podnieść trzydzieści tysięcy. Jedni znajdują się bliżej możliwości. Mają kapitał, kontakty, zdrowie, czas i zabezpieczenie na wypadek niepowodzenia. Inni opiekują się dziećmi albo chorymi bliskimi, pracują ponad siły, zmagają się z własnym zdrowiem lub nie mogą pozwolić sobie na kilka miesięcy eksperymentowania. Niektórzy mają też ręce zajęte trzymaniem całego dotychczasowego życia, żeby się nie rozpadło. Ja to wszystko widzę. Nie odkrywam właśnie, że ludzie zaczynają z różnych miejsc. Tym bardziej nie twierdzę, że trudna sytuacja finansowa zawsze wynika z lenistwa.

Mówię o pewnym sposobie ustawiania myśli: pieniądze mogą być dostępne w większej liczbie miejsc, niż obecnie potrafię zobaczyć. Jeżeli ich potrzebuję, mogę zacząć szukać tych miejsc, zamiast uznawać, że jedyną możliwością na zawsze pozostanie moja obecna pensja. Dla mnie zdanie „pieniądze leżą na ulicy” nie opisuje łatwości. Opisuje możliwość. Droga do tej ulicy może być bardzo długa.

W idealnym modelu dorosły człowiek podejmuje pracę, poznaje jej warunki i zgadza się na określone wynagrodzenie. Jeżeli poziom płacy mu nie odpowiada, szuka innej pracy, podnosi kwalifikacje, zmienia branżę, negocjuje albo tworzy dodatkowe źródło dochodu.

To wydaje mi się logiczne.

Jednocześnie wiem, że człowiek może zgodzić się na warunki, które zupełnie mu nie odpowiadają, ponieważ alternatywą nie jest lepsza oferta, tylko brak pieniędzy na czynsz. Zgoda ekonomiczna nie zawsze oznacza satysfakcję. Czasami oznacza jedynie wybór najmniej niebezpiecznej spośród dostępnych możliwości. Wiem również, ile zasobów wymaga zmiana. Potrzebny jest czas na szukanie pracy, energia na rozmowy, możliwość odbycia kursu, pieniądze pozwalające przetrwać okres przejściowy i zdrowie umożliwiające wykonanie kolejnego wysiłku. Kiedy ktoś wraca wyczerpany po dziesięciu godzinach pracy, zajmuje się dziećmi, domem i chorym rodzicem, rada „po prostu się przebranżów” jest równie praktyczna jak „po prostu wyhoduj sobie drugą dobę”.

Rozumiem to.

Równocześnie nie chcę przyjąć założenia, że skoro sytuacja jest trudna, człowiek nie ma żadnego ruchu. Być może ruch nie polega na natychmiastowym odejściu z pracy. Może zaczyna się od zdobycia jednej umiejętności, wykonania jednego zlecenia, wysłania jednej aplikacji, odłożenia pierwszej niewielkiej kwoty albo poznania osoby, która pokaże inną możliwość. Zakres wpływu nie jest równy. Czasami przypomina szerokie pole, a czasami szczelinę. Szczelina nadal jednak może prowadzić na zewnątrz.

Jeśli człowiek lubi swoją pracę, ale nie daje mu ona oczekiwanego poziomu życia, naturalnie myślę o dodatkowym źródle dochodu. Najlepiej takim, które z czasem nie będzie wymagało ciągłej wymiany każdej godziny na pieniądze.

„Dochód pasywny” jest oczywiście jednym z zabawniejszych określeń.

Najpierw trzeba bardzo aktywnie pracować, aktywnie oszczędzać, aktywnie stworzyć produkt, aktywnie zdobyć odbiorców albo aktywnie zgromadzić kapitał. Później trzeba aktywnie pilnować, czy przedsięwzięcie nadal istnieje. Jest to dochód pasywny w podobnym sensie, w jakim kot jest zwierzęciem domowym. Teoretycznie mieszka z nami. Praktycznie to my mieszkamy u niego i finansujemy jego styl życia. Nieruchomość trzeba najpierw kupić. Produkt stworzyć i sprzedać. Kapitał zainwestować, co oznacza, że najpierw trzeba go posiadać. Marka osobista wymaga regularnego karmienia algorytmów, które zachowują się jak rozkapryszone bóstwa: nikt nie rozumie zasad, ale wszyscy składają ofiary.

Nie każdy musi budować dochód pasywny. Nie każdy chce zostać przedsiębiorcą. Nie każdy dobrze znosi ryzyko i niestabilność. Ja natomiast potrzebuję poczucia, że moje bezpieczeństwo nie jest całkowicie uzależnione od jednej pracy, jednej umowy i jednej osoby, która może pewnego dnia zmienić zdanie. Być może dlatego po rezygnacji z pracy tak szybko zaczynam myśleć o następnym źródle dochodu. Lęk mówi: „Straciłaś bezpieczeństwo”. Ja próbuję odpowiedzieć: „W takim razie zbuduję je inaczej”. Nie zawsze odpowiadam spokojnie. Czasami odpowiadam, mając ochotę schować się pod kołdrą i nigdy więcej nie otwierać aplikacji bankowej.

Nadal odpowiadam.

Łatwo byłoby teraz napisać, że nauczyłam się traktować pieniądze racjonalnie, uwolniłam od przekazanych lęków i od tej chwili z godnością realizuję plan finansowy. Bardzo ładne zakończenie. Zupełnie nieprawdziwe.

Mój model idealny brzmi:

Potrzebuję określonej kwoty. Sprawdzam, jak ją zdobyć. Dzielę cel na mniejsze części. Podejmuję działania. Jeśli jeden sposób nie działa, szukam następnego.

Rzeczywistość brzmi czasami:

Potrzebuję określonej kwoty. Boję się. Przeliczam ją siedem razy. Wyobrażam sobie najgorszy scenariusz. Przypominam sobie wszystko, czego nauczyłam się o niepewności. Potem piję kawę, otwieram dokument i jednak zaczynam układać plan.

Idealny model nie jest opisem mojego automatycznego funkcjonowania. Jest kierunkiem, który wybieram mimo automatycznych reakcji. Nie mówię więc ludziom: „Przestańcie się bać i zaróbcie więcej”. Sama wiem, że lęk nie znika dlatego, że przedstawiono mu logiczny argument. Lęk potrafi zapoznać się z argumentem, pochwalić jego konstrukcję, a następnie kontynuować panikę. Mówię raczej: „Lęk może być obecny, ale nie musi samodzielnie zarządzać całym budżetem”.

Człowiek lubi uważać pieniądze za coś ścisłego. Są cyfry, tabele, kalkulatory, kursy walut, procenty i ludzie w garniturach używający określenia „instrument finansowy” tonem sugerującym, że gdzieś rzeczywiście istnieje instrument, być może odmiana niezwykle drogiego fagotu.

Tymczasem przeżywanie pieniędzy jest całkowicie subiektywne.

Sto złotych znalezione na ulicy cieszy bardziej niż sto złotych pozostałe po opłaceniu rachunków. Pięćset złotych wydane na coś dla bliskiej osoby może boleć mniej niż pięćdziesiąt złotych niesprawiedliwej opłaty. Człowiek potrafi przez pół godziny porównywać ceny produktu tańszego o dziesięć złotych, a potem pod wpływem emocji kupić coś za tysiąc. Tworzymy w głowie osobne szuflady: pieniądze na życie, na przyjemności, na czarną godzinę, z premii, znalezione, ciężko zarobione, otrzymane i takie, których właściwie nie liczymy. Matematycznie każda złotówka ma identyczną wartość. Psychologicznie pieniądze z różnych szuflad zachowują się jak odmienne gatunki zwierząt. Ta sama kwota może być obiadem, wolnością, zabezpieczeniem, wstydem, sukcesem albo dowodem własnej wartości.

Banknot się nie zmienia. Zmienia się opowieść o nim. Dlatego pieniądze są tak zabawne. Udają chłodną matematykę, a przenoszą wszystkie nasze lęki, nadzieje, wspomnienia oraz wyobrażenia o tym, na co zasługujemy.

Nie potrzebuję ogromnej ilości pieniędzy tylko po to, żeby je mieć. Potrzebuję tego, co mogą mi umożliwić. Kupujemy dom, bo chcemy bezpieczeństwa i miejsca należącego do nas. Samochód, bo chcemy swobody. Wakacje, bo potrzebujemy odpoczynku. Ubrania, bo chcemy poczuć się atrakcyjni. Prezenty, bo zależy nam na czyjejś radości. Kolację w restauracji, bo pragniemy czasu i uwagi drugiego człowieka.

Płacimy za przedmiot albo usługę, ale w głowie zamawiamy uczucie.

Czasami otrzymujemy dokładnie to, czego potrzebowaliśmy. Innym razem zostajemy z drogą rzeczą i tym samym lękiem, tylko siedzącym na skórzanym fotelu. Dla mnie dom nie jest wyłącznie budynkiem. Jest przestrzenią, w której mogę zamknąć drzwi i poczuć, że miejsce za nimi należy do mnie. Samochód nie jest wyłącznie pojazdem. Oznacza wygodę, niezależność i możliwość decydowania o własnej drodze. Dlatego potrzebuję określonej ilości pieniędzy, nie dowolnie wielkiej. Takiej, która wystarczy na życie z poziomem wolności i komfortu, jakiego oczekuję.

Lubię myśleć, że kiedy przekazuję komuś dwieście złotych, robię to wyłącznie dlatego, że on ich potrzebuje, a ja nie. To bardzo ładny obraz mnie samej. Niemal widzę delikatną poświatę nad własną głową. Prawda jest bardziej złożona. Dając komuś pieniądze, kupuję także własną ulgę. Poczucie, że problem został rozwiązany. Zgodność między moimi wartościami a działaniem. Czasami bliskość. Czasami wdzięczność, nawet jeśli nie chcę się do tego przyznać. Czasami możliwość dalszego myślenia o sobie jako o człowieku, który pomaga.

Nie sprawia to, że pomoc jest nieszczera. Ludzkie motywy rzadko są laboratoryjnie czyste.

Muszę tylko nigdy nie schodzić z tej naturalnej ścieżki, że przekazując komuś pieniądze, nie kupuję prawa do kierowania jego życiem. Nie nabywam udziałów w jego decyzjach. Nie mogę po pół roku wystawić faktury emocjonalnej i doliczyć odsetek w postaci posłuszeństwa. Dar, który trzeba spłacić podporządkowaniem, jest pożyczką o wyjątkowo nieuczciwym oprocentowaniu.

Nie uważam, że każdy musi być bogaty. Nie każdy chce domu, lepszego samochodu, firmy i kilku źródeł dochodu. Dla części osób sukces oznacza przewidywalną pracę, wolne popołudnia, bliskich ludzi i wystarczającą ilość pieniędzy, by nie żyć w ciągłym napięciu. To jest pełnoprawny wybór. I całkiem przyjemny. Rozwój nie zawsze oznacza wzrost dochodów. Można rozwijać relacje, wiedzę, twórczość, zdrowie albo zdolność odpoczywania bez poczucia winy. Człowiek zarabiający mniej nie jest automatycznie mniej ambitny. Być może ulokował swoją ambicję w miejscu, którego nie można wpisać do arkusza kalkulacyjnego.

Nie chodzi mi o to, że każdy powinien chcieć więcej. Chodzi o to, że jeśli ja chcę czegoś, co wymaga pieniędzy, próbuję nie zatrzymywać się na stwierdzeniu, że obecnie ich nie mam. Brak pieniędzy jest faktem dotyczącym teraźniejszości. Lęk próbuje zrobić z niego proroctwo dotyczące całego życia.

Same w sobie pieniądze właściwie niczym nie są. Cyfry na koncie nie ogrzeją domu. Banknotem można wprawdzie rozpalić ogień, ale byłaby to kosztowna i mało wydajna metoda ogrzewania. Pieniądz działa, ponieważ wspólnie zgadzamy się uznawać jego wartość. Jest zbiorową opowieścią o możliwości otrzymania czegoś w przyszłości. Dzisiaj wykonuję pracę. W zamian otrzymuję zapis pozwalający mi później dostać jedzenie, paliwo, czyjś czas, wiedzę, samochód albo fragment domu. Wierzę, że inni uznają ten zapis. Oni wierzą, że uwierzą w niego następni ludzie.

Cała konstrukcja działa dzięki zaufaniu milionów obcych osób. To niesamowite. I trochę absurdalne. Potrafimy poświęcić zdrowie, relacje, sen oraz większą część życia na gromadzenie symboli przyszłej możliwości. Później czasami boimy się ich użyć, bo liczba stała się ważniejsza od rzeczy, które miała nam umożliwić.

Oszczędzamy na życie, po czym szkoda nam żyć, ponieważ trzeba byłoby naruszyć oszczędności.

Nadal boję się biedy. Nadal jest mi źle po rezygnacji z pracy. Nie siedzę spokojnie, przekonana, że pieniądze same odnajdą mój numer konta. Myślę o tym, jak stworzyć następny sensowny dochód. Jak żyć spokojniej. Jak zgromadzić kwotę, której będę potrzebowała, żeby za dwa lata rozpocząć budowę domu. Nie jest to triumf racjonalności nad emocjami. To raczej próba działania razem z emocjami, ale bez przekazywania im pełnej władzy.

Mój idealny model świata nadal jest prosty. Mam dwieście złotych, których nie potrzebuję, a komuś znacząco poprawią życie, więc daję mu je.

Chcę lepszego samochodu, więc sprawdzam cenę i szukam sposobu zdobycia pieniędzy.

Chcę zbudować dom, więc wyliczam potrzebną kwotę, czas i dochód, który powinien powstać.

Nie mam pieniędzy, więc zastanawiam się, co mogę zrobić, żeby były.

Wiem, że rzeczywistość dodaje do tego zdrowie, przypadek, zobowiązania, punkt startu, dostępne możliwości i wszystkie lęki, które człowiek dostał od innych, zanim nauczył się samodzielnie odróżniać bezpieczeństwo od jego iluzji.

Mój model nie unieważnia tych rzeczy. Pomaga mi nie uznawać ich za ostateczny wyrok.

Być może pieniądze rzeczywiście leżą na ulicy. Jedni przechodzą obok nich codziennie. Inni muszą najpierw znaleźć ulicę. Niektórzy mają ręce zajęte trzymaniem całego życia, żeby się nie rozpadło. Ja czasami również mam zajęte ręce. Mimo to próbuję się rozglądać. Bo pieniądze są dzisiaj, a jutro może ich nie być. Ale brak pieniędzy jutro nie oznacza, że nie będzie ich pojutrze. Oznacza tylko, że pomiędzy jednym a drugim dniem trzeba będzie coś wymyślić. Najpewniej z lekkim lękiem, arkuszem kalkulacyjnym i nadzieją, że budowlańcy jednak zaczną kiedyś przyjmować zapłatę w energii wdzięczności.

Opublikowano 11 sierpnia, 2026.

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z Wyszeptane skrycie

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej